|
| Australia Zachodnia 2002 - The Real Outback Expediction |
| Raport 1 |
25.04.2002 Perth, Maylands, Australia Zachodnia |
| Raport 2 |
01.05.2002, Rolling Green, Zachodnia Australia. W drodze... Tocząca się zieleń? |
| Raport 3 |
16.05.2002, Coral Bay, pn-zach część Australii Zachodniej - Kangury skaczą wprost pod samochód... |
| Raport 4 |
19.05.2002, Kalbarri, Australia Zachodnia - Czerwony pył wchodzi wszędzie... |
| Raport 5 |
24.05.2002, Perth - rekiny, płaszczki, stromatolity... |
| Raport 6 |
Rolling Green, Australia Zachodnia – Narada Wojenna |
| Raport 7 |
Rolling Green, Zachodnia Australia - znikamy z jakiegokolwiek zasięgu na dwa tygodnie... |
| Raport 8 |
Halls Creek, Australia Zachodnia, - Udało się!!! |
| Raport
1 |
| 25.04.2002 Perth, Maylands, Australia Zachodnia |
Witam serdecznie zaloge Albion House z szefem na czele! Viva Australia!!!!!!!
Ufffff, lot był rzeczywiście długi, via Amsterdam z przystankiem na noc w Kuala Lumpur, gdzie w chińskiej dzielnicy ulegaliśmy smakom szaszłyków "satay" z niezwykle pikantnym sosem. Oj trudno było zasnąć, a sen krótki, bo o piątej nad ranem zabrał nas autobus na lotnisko, które trudno porównać z Okęciem. Stolica Malezji jest na wskroś nowoczesnym miastem, posiada dwie bliźniacze wieże, obecnie najwyższe budynki na świecie. Kuala Lumpur (KL) ma pewnie jeszcze więcej naj, nie było jednak czasu aby zanurzyć się w tej metropolii na dłużej, trza nam było do Australii. Tylko 5-godzinny lot. Wylądowaliśmy w Perth i po skrupulatnej kontroli celnej (do Australii nie wolno przywozić żadnej żywności, czy też produktów pochodzenia zwierzęcego) wypuszczono nas na wolność. Tam już czekał Waldek Oblok (inaczej "chmurka"). O naszym przyjeździe dowiedział się z Polskiego Radia Kurier, któremu tydzień wcześniej, jeszcze w Polsce, udzieliłem krótkiego wywiadu dotyczącego celu naszego przyjazdu. Waldek, to niespokojny duch, mieszkający w Australii od 20 lat, zajmuje się rożnymi rzeczami i profesjami, a jego hobby to włóczęgi po australijskim interiorze i poszukiwanie złota. Ma kilka samochodów (campervany), w tym taki z napędem na cztery koła, który z bliska i daleka przypomina pojazd Mella Gibsona, czyli Mad Max 2002. Ma możliwości do organizowania turystyki kwalifikowanej... Postanowił przyłączyć się do naszej wyprawy.
Kolejnym poznanym Polakiem był o. Tomasz Bujakowski, Franciszkanin z Krakowa, który przyjął i ugościł nas(wielkie dzięki!) w duszpasterstwie polskim, tuż obok kościoła polskiego (Matki Bożej Królowej Polski) i Domu Polskiego. Nieopodal jest polska restauracja (właścicielka z Krakowa...), w której schabowy kosztuje mniej więcej tyle co w Krakowie. Dookoła sami Polacy, gdzie ta Australia? Ojciec Tomasz jest animatorem życia kulturalnego Polonii, pracuje dużo z młodzieżą i sam, kiedy tylko czas mu na to pozwala, podróżuje po bezdrożach Australii Zachodniej. Ma niezwykłą energie i głowę pełną pomysłów. Organizuje wyjazdy i obozy wędrowne, a tu na miejscu spala się jako choreograf i reżyser w jednej osobie. W niedziele obejrzymy "Małego księcia" wystawionego w Klubie "Cracovia". I pewnie Ojciec Tomasz pojechałby z nami na Canning Stock Route, gdyby nie jego wcześniejsze plany i bilet w tym samym czasie co planowana wyprawa do Polski. Mieszkamy w komfortowych warunkach, delektujemy się opowieściami o polskiej Polonii i codziennie, krok po kroku, przygotowujemy do wyjazdu, a właściwie do dwóch równocześnie. Zbieramy informacje, porównujemy oferty, kupujemy bardzo szczegółowe mapy, badamy możliwości wypożyczenia GPS, telefonu satelitarnego, radia CB i innego niezbędnego wyposażenia. Dzisiaj testowałem jedno z aut i oswajałem się z ruchem lewostronnym. Szło całkiem nieźle (na rondach zawsze w lewo!). W pierwszy, rodzinno-rekonesansowy etap ruszamy w poniedziałek, 29 kwietnia. Nasze skrzaty (Mikołaj - 3 lata i Kuba - 6 lat) dają nieźle popalić w i tak gorącej Australii, a to znaczy tyle, że im się ten kraj podoba. Mają za sobą już pierwsze inicjacje z kangurami. Kuba - diabetyk, miął chwilowe problemy z utrzymaniem właściwego poziomu cukru we krwi (różnica czasu, trudy podróży, nieregularne posiłki) ale wszystko wydaje się wracać do normy. Prawdziwym testem odporności Kuby (i jego rodziców...) będzie wędrówka w bardziej gorące regiony, kiedy za około tydzień przekroczymy Zwrotnik Koziorożca.
Pogoda w najbardziej samotnym mieście świata - Perth? - Dni słoneczne, do 25C, noce chłodne, ok.10-12C, generalnie bez opadów, przynajmniej do tej pory.
Pozdrawiam wszystkich pracowników i klientów Albion House - Na studia tylko do Australii!
CDN
|
| |
| Raport
2 |
| 01.05.2002, Rolling Green, Zachodnia Australia. W drodze... Tocząca się zieleń? |
Właściwie jesteśmy już w drodze, choć wciąż niedaleko od Perth, zaledwie 60 km na północ. Dwa dni wstecz odebraliśmy zarezerwowane wcześniej auto. Poruszamy się campervanem - domem na kółkach z miejscami do spania dla czterech osób, toaleta, prysznicem i kuchenka na gaz niewielkich rozmiarów. Toyota hilux ma duży silnik (2,7 litra) i manualną skrzynię biegów. Zapas mocy jest niezbędny przy pokonywaniu stromych podjazdów, silnik naszego domku rzeczywiście ładnie gada.
Muszę wrócić do kilku dni wstecz, kiedy to prawie przez cały czas obcowaliśmy w towarzystwie tutejszej Polonii. Mieszkający w Perth i okolicach Australijczycy polskiego pochodzenia skupiają się wokół trzech ośrodków. W Maylands (kilka kilometrów od City) funkcjonuje Dom Polski i położony przy nim polski kościół. Duszpasterstwo prowadzą Franciszkanie (ojcowie: Tomasz, Maciej i Bolesław). Codziennie odprawiana jest tu msza w języku polskim, a w sali obok kościoła prowadzone są zajęcia językowe, teatralne i inne.
W sobotę, dzięki uprzejmości red. Andrzeja Basińskiego z Kuriera Zachodniego (dwumiesięcznik wychodzący wyłącznie w Perth) i jednocześnie z Radia Kurier zostałem zaproszony do Klubu Polskiego im. gen. Sikorskiego w Bellevue. Klub celebrował 30 lat istnienia! Przybył nawet Konsul RP z Sydney. Przemowom nie było końca, każda w dwóch językach, a mówców wielu. Dla mnie, obserwatora z zewnątrz impreza, jej klimat, zatrzymana była czasie, gdzieś w latach 70-tych. To miało swój urok, jak powrót do ciągle wzruszającego filmu Sami swoi.
Dzień później, w niedziele, o. Tomasz zabrał nas do trzeciego z polonijnych klubów, do klubu sportowego Cracovia w dzielnicy Beechboro. Tutaj, pod chmurka, zebrało się koło setki polonusów, aby wziąć udział w mszy polowej odprawionej na platformie ciężarówki. Jako gość z Polski zostałem poproszony o przeczytanie jednego z czytań. W Australii jest to częsta praktyka, kiedy czytania do mszy są przedstawiane przez wiernych, nie przez lektorów. Po mszy barbecue, czyli obiad z grilla, piwo i swobodne rozmowy. Słychać tylko język polski. Tutaj poznaje Adama, który zaprasza nas do siebie kilka dni później.
Z Cracovii o. Tomasz zabiera nas… na australijski cmentarz Pinnaroo. To tutaj nie tyle mamy złożyć kości, co je rozprostować. Osobliwe miejsce - nie ma tu grobów w naszym rozumieniu, tylko tabliczki z datą rozpoczęcia i zakończenia ziemskiego żywota, regularnie rozmieszczone na równo przyciętej trawie. Chodzą po nich ludzie i kangury, które z wyraźnym utęsknieniem oczekują kolejnego pogrzebu, tj. świeżej dostawy smacznych kwiatów. Brak sacrum i krzyży na tablicach, jest za to spokój, błogi spokój, jak w zadbanym, choć rzadko odwiedzanym parku za miastem.
W kolejny dzień docieramy do Eagle's Nest, oddalonego o 50 km od Perth ośrodka wypadów weekendowych organizowanych przez polonijne duszpasterstwo. Jesteśmy w buszu, tak, najprawdziwszym buszu, choć tak blisko stolicy Australii Zachodniej. Trwa właśnie trzydniowy piknik przy wiszącym balkonie. Wspólne posiłki i zajęcia jak na obozach harcerskich, średnia wieku trudna do ustalenia, rodzice i ich dzieci w różnym wieku. Kolejny dzień słyszymy tylko język polski, co najwyżej ze śmiesznie brzmiącymi dla nas wtrętami po angielsku. W dzień wycieczka 8 km po buszu (czytaj lesie) w urozmaiconym terenie z kilkoma pięknymi widokami, które, gdyby nie eukaliptusy i inna flora, do złudzenia przypominają beskidzkie pagóry np. Żywiecczyzny.
Wieczorem wspólna kolacja i projekcja filmów, slajdów z gór najwyższych. Zaproszonym gościem jest Krzysztof Cena, profesor socjologii uniwersytetu z Perth. Ciekawie opowiada o swoich podróżach i trekkingach w Himalajach (Ladakh, Zanskar, Sikkim), jeszcze ciekawszy jest jego referat napisany z okazji Międzynarodowego Roku Gór (2002). Pełno w nim odniesień i cytatów z polskiej poezji. Kolejnym poznanymi Polakami byli Stenia i Adam, przybysze z emigracji lat 80-tych, uroczy Ślązacy z Siemianowic. Maja, jak sami twierdza, skromna pięciohektarową posiadłość, z pięknym, zdrowym domem, bez zbytków, ale za to z dusza. Adam i jego syn Jacek wiele lat spędzili w odległych rejonach interioru australijskiego. Wykonywali prace geodezyjne dla korporacji wydobywczych i żyli wespół z innymi jak prawdziwi buszmeni. To od Adama wiele dowiedziałem się, jak radzić sobie w buszu i jaki sprzęt jest tam potrzebny, jaki najlepiej się tam sprawdza.
Obserwując życie tutejszej Polonii z perspektywy tych kilku dni, trudno się oprzeć powierzchownej ocenie. Widziałem tu synergię działań, zaangażowanie, dużo pozytywnej, kreatywnej energii, doświadczałem tylko miłych zdarzeń. Myślę, że to wspaniali ludzie, przynajmniej ci, których spotkałem. Kiedy zanurzyłem się w prasę polonijna, trochę otrzeźwiałem, poczułem się jak w Polsce. Nie brak tu wzajemnych potyczek na słowa i za słowa, czyli duch w narodzie, nawet w tym odległym zakątku świata, nie ginie! Przeprowadziłem dziesiątki rozmów, wiele z nich zarejestrowałem. Każdy zasłyszany tutaj życiorys był na swój sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Materiału wystarczy do kilku programów Globtroter.
Jutro ruszamy na północ i przynajmniej chwilowo rozstajemy się z Polonią.
CDN
|
| |
| Raport
3 |
| 16.05.2002, Coral Bay, pn-zach część Australii Zachodniej - Kangury skaczą wprost pod samochód... |
I pognaliśmy na północ drogą Great Northern Highway. Nie należy jej mylić z autostradą w naszym rozumieniu. Na nasze standardy to zwykła droga krajowa.
Im dalej od Perth, tym rzadziej miejscowości. Pierwszy przystanek w New Norcia. Tutaj wszystko prócz drogi należy do Benedyktynów, którzy z początkiem XX wieku przybyli tu z Hiszpanii. Całą tą "cywilizację" przejeżdża się w niecałe pól minuty, podobnie jak i kolejne miejsca: Mt. Magnet, Meekatharrę i inne. Po drodze zdarzają się jeszcze stacje benzynowe (czytaj Road House). Bywa, że odległości pomiędzy kolejnymi Domami Przy Drodze są rzędu 200, a nawet 300 km i więcej. Bezwzględnie trzeba tankować, gdzie tylko się da i do pełna, aby uniknąć braku paliwa, np. 30 km od kolejnego dystrybutora. Road House'y oferują gratisową kawę kierowcom. Warto skorzystać z tego poczęstunku, by pokrzepić czujność przy pokonywaniu kolejnych setek km.
Niebezpieczeństwa na drodze są inne od tych w Europie. Ruch mizerny, praktycznie żaden. Bywa, ze w ciągu godziny jazdy nie spotyka się żadnego samochodu. A to i dobrze i źle! Dobrze, bo szanse kolizji z innym autem spadają niemal do zera. Niemal, bo kiedy czujemy się panami drogi, dociskamy gaz i często znosi nas na środek jezdni. Aż tu nagle, po godzinie takiej jazdy, zza zakrętu wypada wprost na nas pociąg drogowy (Road Train), czyli olbrzymia ciężarówka z kilkoma naczepami (w tej części Australii do 35 m dlugosci). Mijanka z takim kolosem to niezły strzał adrenaliny.
Inne niebezpieczeństwa na drodze to zwierzęta: głównie kangury, ale także emu, iguany, a także sztuki bydła i baranów... Nie wiadomo gdzie i kiedy wtargną na jezdnie. Zwłaszcza kangury są nieobliczalne - skaczą wprost pod samochód. Pamiętam odcinki, gdzie co 10 m po obu stronach drogi leżały zabite torbacze. Zwłoki nieszczęśników różniły się tylko stopniem rozkładu - od świeżej krwi po gołe szkielety. Te świeże okazy ściągają inne zwierzęta, zazwyczaj ptaki. Jeśli 200 m przed autem cos się kłębi i wzlatuje, to znak, że przeszkoda nazywa się świeży kangur.
Widoki po drodze wynagradzają zmęczenie i czujność - olbrzymie przestrzenie absolutnie dziewiczego kraju, człowiek jest tu tylko przejazdem. Nie tylko ten z Europy... To piękno ma ostre kontury, na pierwszy rzut oka nieprzyjazne, w miarę upływu czasu i kilometrów - urzekające... Następne wieści - z parków narodowych.
CDN
|
| |
| Raport
4 |
| 19.05.2002, Kalbarri, Australia Zachodnia - Czerwony pył wchodzi wszędzie... |
Kalbarri, Australia Zachodnia - Czerwony pył wchodzi wszędzie... Po długiej i wyczerpującej jeździe przez pustynne obszary środka Australii przyszedł czas na parki narodowe.
Park Narodowy Karijini, to jeden z piękniejszych i większych parków narodowych w Australii. Niestety wiedzie tam nieutwardzona droga, czerwony pył wchodzi wszędzie, nawet tam gdzie nie powinien. Generalnie to także pustkowia, australijski busz i... dziury rzeźbione milionami lat przez okresowe rzeki. Widoki, formacje, krajobrazy nieprawdopodobne.
Przypominają z daleka kanion Kolorado, tyle że tu dzicz zupełna, zaledwie kilka aut, brak prądu, wody i innych udogodnień cywilizacji. Jazda jest taka, że wydaje się, że silnik zaraz wypadnie, tak trzęsie. Odległości pomiędzy punktami widokowymi parku są rzędu kilkudziesięciu kilometrów. Ale warto.
Następne wieści już znad oceanu, gdzie oczyścimy się z czerwonego piachu i zanurzymy w turkusowych lagunach. Czy będą tam rekiny, przeczytacie w następnym raporcie.
CDN
|
| |
| Raport
5 |
| 24.05.2002, Perth - rekiny, płaszczki, stromatolity... |
Perth, 24.05.2002 - rekiny, płaszczki, stromatolity... Jeśli chcesz popływać z największymi na świecie rybami - wybierz się na Przylądek Północno-Zachodni w Zachodniej Australii!
Na kołach jeszcze czerwony pyl, a my wraz z nim docieramy do jednego z końców świata, do Przylądka Północno-Zachodniego. Szczęśliwie dojechaliśmy do Exmouth. Kiedyś była tu baza sil powietrznych armii amerykańskiej. Teraz latają tu Australijczycy (RAAF - Royal Australian Air Forces). Przylądek leży na półwyspie.
Sąsiadują tu dwa parki narodowe - jeden biegnie pasmem niewysokich gór środkiem półwyspu, z majestatycznymi kanionami rzeźbionymi rzekami wpadającymi do Oceanu Indyjskiego przez miliony lat. Drugi - oceanem, wzdłuż wybrzeża. Są to rafy koralowe (Ningaloo Reef) i częściowo skaliste klify nadbrzeżne. Na terenie Parku można obozować na dziko, są do tego wyznaczone miejsca nad oceanem. Tylko miejsca, czasami pachnąca (!!!) toaleta kompostowa. Na jednym miejscu - dwa, trzy samochody, rzadko więcej. Następne takie miejsce - 20 km dalej.
Co robić? Jesteś sam na sam z ogromem oceanu, na piaszczystej płazy, rafa koralowa w odległości nie większej niż 100 m od brzegu. Potrzebna jest maska, płetwy i rurka (do wynajęcia w Visitors Centre za 8A$). Tutaj nazywają to snorkeling. Widoki nie do opisania, wiec nie będę próbował niemożliwego. Przy odrobinie szczęścia można zaobserwować (nawet przy brzegu bez maski) - pokaźnych rozmiarów żółwie morskie albo nurkując spotkać się sam na sam z największą rybą na świecie, zwana tutaj whale shark. Przestraszyć także mogą płaszczki (manta rays). Niemniej warto. To był dla mnie prezent urodzinowy. Lepszego sobie nie wyobrażam.
Dalej pognaliśmy na południe, wzdłuż oceanicznego wybrzeża Australii Zachodniej w objęcia zatoki Shark Bay. Są tutaj rekiny, ale przyjeżdża się tutaj, aby zobaczyć, jak dzikie (??) delfiny podpływają do brzegów kilka razy dziennie. Mnie bardziej zainteresowały stromatolity, zadomowione w jednej z odnóg zatoki, w Hammelin Pools. Stromatolity to najbardziej pierwotne formy życia na ziemi, cyjanobakterie, które uważa się za kreatora pierwszej atmosfery na ziemi, 2500 mld lat temu. Dzięki specyficznym warunkom panującym w zatoce te archaiczne formy życia, przypominające grzyby w oceanie - przetrwały do dni naszych. To niemal jedyne miejsce na świecie, gdzie można je zobaczyć. Dla biologów i geologów (czy jestem jeszcze geologiem?) - wielka gratka.
I dalej na południe. Jeszcze przed Geraldton zjeżdżamy z trasy 70 km nad ocean aby podziwiać blow holes, czyli naturalne fontanny, generowane przez fale oceaniczne, uderzające rytmicznie o skaliste klifowe wybrzeże. Długi czas spędziłem na obserwacji tych zjawisk. Niektóre tryskają spienione do białości na wysokość 50 m. Nad ranem wydaje się, że ocean nieco milknie (odpływ), aż tu nagle przychodzi King Wave - fala z piekła rodem i zabiera wszystko, co jest w jej zasięgu.
Tego dnia zdarzył się właśnie wypadek. King Wave zabrała wędkarza, który zaufał oceanowi i zszedł klifem w dol. Nie zdążył krzyknąć. Dookoła pustka. Zatroszczył się o niego przyjaciel. Znalazł go wyplutego i poturbowanego przez ocean na dnie klifu. Widziałem później policje i ambulans. Czy przeżył - nie wiem.
Kolejne miejsce i park narodowy nad oceanem to Kalbari. Tu w przeciwieństwie do grozy poprzedniego miejsca jest spokojnie, leniwie. Rzeka Murchison leniwie wpada do oceanu tworząc piaszczyste, bezpieczne dla dzieci i przyjemne dla oka zakola. Życie toczy się wolno, jak na emeryturze. I rzeczywiście, wśród stałych mieszkańców przeważają emeryci. Wyprowadzają się na starość ze zbyt gwarnego (??) Perth i spędzają życie na wędkowaniu i pielęgnacji swoich ogródków. Nie brak w Kalbari National Park niesamowitych klifów morskich - dla oka i obiektywu. Dość tego!
Pędzimy dalej na południe i zatrzymujemy się w Cervantes. To miejsce wypadowe do Pinnacles Desert - niewielkiej pustyni przybrzeżnej, gdzie czas, wiatry, zwierzęta i rośliny - słowem: erozja spowodowały powstanie bardzo dziwnych form krajobrazowych. Oto wystają z ziemi (żółtego piachu) pojedyncze szkielety skalne, jak iglice, jak maczugi, jak prehistoryczny cmentarz zaginionej cywilizacji. Tak myślą mężczyźni. Kobiety zdają się kojarzyć wapienne "stalagmity" z bardziej przyziemnymi kształtami. Kto ma rację?
Rację ma słońce, które zachodząc nad ta marsową krainą wprowadza widzów spektaklu w trans, wieczne oczarowanie.
Po tych oczarowaniach czeka nas rozczarowanie. Kolejne 9 km do chatki Adama Murchy w Grey pokonujemy w dwie godziny. To przecież droga wyłącznie dla samochodów 4WD. Znaki o tym nie mówiły. Ale Adam mówił, że dojedziemy i dojechaliśmy. Nawet następnego dnia udało się wrócić ta sama droga (zaledwie w godzinę). Przy tym fragmencie drogi porysowałem nasze auto gałęziami (było tak ciasno, że nasze auto z trudnością przepychało się przez busz i dziury "drogi" do Grey! I to w zasadzie jest "konec filma", przynajmniej pierwszej jego części.
Szczęśliwie, po miesięcznej przygodzie i przejechaniu 5000 km wróciliśmy do Perth, cali i zdrowi. Najważniejszy członek naszej rodzinnej ekipy - Kuba, 6-letni diabetyk radził sobie z trudami podróży znakomicie. Jego rodzice, mam nadzieję (!), też. Z cukrzycą można podróżować, nawet w tak odległe zakątki jak Australia i nawet tak intensywnie jak my to robiliśmy. Wtajemniczonym zdradzę: Kuba jeszcze na tydzień przed podróżą przeszedł z insuliny Humulin R na Humalog. To znaczna różnica. Otrzymywał dawki bezpośrednio przed posiłkiem i w zależności od apetytu i wyczerpania trudami podróży. W czasie podróży utrzymywał tendencję raczej do niskich cukrów (ruch na świeżym powietrzu). Desery lodowe nie należały do rzadkości - prosił o lody na każdej stacji benzynowej i zwykle dostawał.
Dziękujemy naszym partnerom za udział w przygotowaniach oraz za wsparcie naszego wyjazdu.
Podziękowania dla - Albion House - International Educational Consulting, Roche Diagnostics Polska, Campus
Kasia, Kuba (6 lat) i Mikołaj (3,5 lat) 23 maja szczęśliwie wrócili już do domu, ja nie próżnuję i spalam energię na organizację drugiej części naszego wypadu, w australijski outback, już bezdrożami australijskiego interioru. Napiszę o tym w kolejnym raporcie.
CDN |
| |
| Raport
6 |
| Rolling Green, Australia Zachodnia – Narada Wojenna |
W sobotę odbyliśmy naradę wojenną przed wyjazdem.
Stawili się: Staszek Olejnik, Waldek Obłok i niżej podpisany. Omówiliśmy szczegóły naszego wyjazdu, podział kompetencji, sprawy sprzętowe i zaopatrzeniowe.
Pojadą w konwoju trzy samochody: dwie toyoty i kia 4WD. Będziemy korzystać z miarę szczegółowych map i GPS. Wszystkie samochody będą skomunikowane między sobą przez radia CB. Będziemy także posiadać jedno radio AM do wezwania ewentualnej pomocy Flying Doctor. Nie mamy szans na zabranie odpowiedniej ilości paliwa na cala trasę przez busz (ok. 1400 km). Załatwiliśmy zrzut paliwa przy studni 23. Wzdłuż szlaku, który będziemy pokonywać, są studnie, w niektórych nawet woda, studnie są oznaczone kolejnymi numerami. Paliwo zostanie dostarczone w 200 l beczkach. Mamy nadzieję, że będzie tam, gdzie się go spodziewamy, w przeciwnym razie wakacje się nam wydłużą... Zabieramy także zapas żywności i wody (ok. 100 l).
W niedzielę i poniedziałek pojechaliśmy testować auta do buszu w okolicach Lancelin. To piękne widokowo miejsce jest rezerwatem przyrody. Podróżuje się po oceanicznej plaży i po wysokich wydmach. Nie brakuje dziur i skalistych podjazdów. Droga jest miejscami bardzo trudna, ale nasze auta (Toyota FJ40 i przerobiona Kia 4WD) pięły się dzielnie, po centymetrze.
FJ40 to klasyk jazdy terenowej, prawdziwy łazik, chyba najlepsze auto do jazdy w tutejszym buszu. Nasza Kia, wywołująca swym wyglądem jeszcze w mieście sporą sensację, tu w terenie sprawdza się bez zarzutu. Wygląda jak Pan Samochodzik A.D. 2002. Ochrzciłem pojazd "Mad Max 2002". Ma w środku trzy miejsca do spania i trzy na dachu. 3 minuty zajmuje zamontowanie aneksu jadalnego. To będzie auto bazowe wyprawy. Pojedzie nim większość paliwa, wody i naszych zapasów.
We czwartek przylatują z Polski Paweł Bulski i Darek Michasiów, czyli brakujące ogniwa naszej eskapady. W sobotę, tutaj w Rolling Green u Adama Murchy, jednego z tych, którzy nam bardzo pomagają w organizacji wyjazdu, będzie przedwyjazdowe party.
Chcemy wyruszyć w niedzielę rano w kierunku pn-wsch. Do Wiluny powinniśmy dojechać za dwa dni. Tam kończy się asfalt, a zaczyna przygoda.
CDN
|
| |
| Raport
7 |
| Rolling Green, Zachodnia Australia - znikamy z jakiegokolwiek zasięgu na dwa tygodnie... |
Jeszcze trwa przedwyjazdowe party u Adama i Steni w Rolling Green (co ja tu robię przed komputerem???), ale już za kilka godzin wyjeżdżamy. Przybyło ok. 30 osób, głównie australijskiej Polonii, jemy kiełbaski z ogniska, popijamy piwkiem i whiskey i myślimy o czekającej nas przygodzie. Przybyli ludzie są ciekawi naszego projektu i dają ostatnie cenne wskazówki (wielu z nich przez lata pracowało w buszu).
Nasza załoga The Real Outback Expedition 2002 w komplecie:
Paweł Bulski - Polska Radek Michasiów - Polska niżej podpisany - Polska oraz Adam Murcha - Australia Waldek Oblak - Australia Staszek Olejnik - Australia
Ruszamy w niedzielę rano o 5.00 w kierunku północno-wschodnim - trzy Toyoty Land Cruiser i Mad Max - Kia 4x4. Za dwa dni dojedziemy do Wiluny, potem pustynie: Wielka Pustynia Piaszczysta, Pustynia Gibsona i Pustynia Tanami, czyli Canning Stock Route. Znikamy z jakiegokolwiek zasięgu na ok. 2 tygodnie. Jesteśmy doskonale przygotowani i zaopatrzeni. Wyprawa potrwa równy miesiąc. Dam znać, jak dojedziemy do Broome.
W okolicach Newman zajrzymy do gminy aborygeńskiej. Mamy tam zaproszenie do aborygeńskiej szkoły, gdzienawiążemy kontakty i wymian z jedną ze szkół z Podbeskidzia. Trzymajcie za nas kciuki.
CDN
|
| |
| Raport
8 |
| Halls Creek, Australia Zachodnia, - Udało się!!! |
Pierwsze miejsce cywilizacji za szlakiem CSR. Udało się! Pomimo wielu ostrzeżeń o nieprzejezdności północnej części szlaku Canning Stock Route (CSR) podjęliśmy decyzję o próbie pokonania trasy w całości. Niestety na trasie odpadły dwa samochody - Arka Waldiego - Mad Max 2002 (uszkodzony dyferencjał) i jedna toyota. Od połowy trasy kontynuowaliśmy podróż już tylko dwoma samochodami (benzynowe Toyoty Land Cruiser) w składzie: Adam Murcha, Stasiu Olejnik, Paweł Bulski i Marek Tomalik.
Pokonaliśmy prawie 2000 km w najtrudniejszym buszu i na pustyniach: ponad 800 wydm piaszczystych, rozlewiska, urwiska, rzeki i strumienie. Jesteśmy szczęśliwi - udało się! Jesteśmy jednym z kilku konwojów, którym w ostatnich dwóch latach udało się pokonać całą długość Canning Stock Route. Więcej wieści wkrótce, kiedy dojedziemy do "prawdziwej" cywilizacji. Będzie czas, aby opisać naszą walkę dzień po dniu.
Teraz jeszcze kilka dni w buszu - eksploracja terenów Bungle Bungle i Kimberley. I powrót do Perth.
Chciałbym podziękować wszystkim, którzy trzymali za nas kciuki.
CDN
|
| |
|